Dlaczego USA od ponad stu lat obawiają się powstania kontynentalnego bloku Eurazji
Kilka dni temu na kanale Układu Sił ukazał się wywiad Marka Stefana z Frederickiem Fleitzem — byłym urzędnikiem administracji USA i osobą dobrze znającą sposób myślenia amerykańskich elit strategicznych[1].
Sam wywiad jest bardzo ciekawy z wielu powodów. Warto go odsłuchać choćby tylko dlatego, że gościem red. Stefana jest człowiek należący do wąskiego kręgu ludzi najlepiej poinformowanych w zakresie polityki międzynarodowej obecnej administracji amerykańskiej. Początkowe pytania dotyczyły bieżącego konfliktu w Iranie, niemniej w dalszej części rozmowa zeszła na inne tematy, a raz po raz pojawiał się motyw relacji amerykańsko – rosyjskich, czy to w odniesieniu do starań Donalda Trumpa, by zakończyć wojnę rosyjsko – ukraińskiej, czy też w ujęciu przyszłego możliwego poluzowania amerykańskiej polityki sankcyjnej wobec Moskwy w celu rozbicia zacieśniającej się więzi Rosjan z Chinami.
Wypowiedzi Fleitza pełne są politycznej poprawności, która głównie przyjmuje postać narzekania na każdym kroku na przeszłe działania Bidena i prawdopodobną (zdaniem Fleitza) przyszłą postawę Demokratów. Niemniej wyżymając tę „wodę” jasno widać jak bardzo z jego wypowiedzi mocno przebija konstatacja, iż Rosja stanowi niezwykle ważny punkt odniesienia starań amerykańskiej administracji. Pora zadać sobie pytanie dlaczego Amerykanie tak delikatnie obchodzą się z Putinem, skoro nie ma wątpliwości co do dysproporcji sił obu stron.
W debatach o geopolityce często słyszymy, że największym zagrożeniem dla Stanów Zjednoczonych są dziś Chiny. Jednak w rzeczywistości amerykańska strategia od ponad stu lat opiera się na jeszcze jednym, głębszym założeniu, zgodnie z którym najgroźniejszym scenariuszem byłoby powstanie potężnego bloku kontynentalnego w Eurazji. W Polsce najbardziej znane są słowa Zbigniewa Brzezińskiego, który wskazał w swojej książce „Wielka szachownica”, iż „potencjalnie najbardziej niebezpiecznym scenariuszem byłoby powstanie wielkiej koalicji Chin, Rosji i być może Iranu — koalicji „antyhegemonistycznej”, opartej nie na ideologii, lecz na dopełniających się historycznych urazach.”[2] Jednakże na kluczową rolę państw tego regionu zwrócił uwagę już przeszło sto lat temu brytyjski geograf i strateg Halford Mackinder. Przedstawił on w 1904 roku koncepcję, która na trwałe wpłynęła na myślenie elit strategicznych amerykańskich.
Słynna teza Mackindera brzmiała:
„Kto rządzi Europą Wschodnią, kontroluje Heartland.
Kto rządzi Heartlandem, kontroluje Wyspę Świata.
Kto rządzi Wyspą Świata, kontroluje świat.”
Heartland, o którym pisał Mackinder to bogata w zasoby surowców, jak też charakteryzująca się olbrzymią głębią strategiczną przestrzeń Eurazji, jaką stanowić miały Rosja, kraje pomostu bałtycko-czarnomorskiego (głównie Ukraina), jak i kraje Azji Centralnej. Gdyby zatem kontrolę nad tym terenem miał przejąć jeden podmiot, mógłby on w połączeniu z rosnącą na początku XX wieku w siłę niemiecką potęgą przemysłową stworzyć sojusz mogący zdominować ówczesny świat. Swoją drogą sto lat później można w tym równaniu Niemcy podmienić na Chiny i teoria Mackindera o realnym zagrożeniu dla anglosaskiej potęgi byłaby w dalszym ciągu aktualna. Niemniej o tym w dalszej części rozważań.
Co czyni ów teren tak wyjątkowym? Wspomniałem wyżej o ogromnym potencjale surowcowym. Eksploatacja tych złóż zapewniałaby rządzącemu mocarstwu zarówno możliwość eksportu minerałów wg własnych reguł, jak również pewną niezależność od dostaw spoza kontrolowanego obszaru, dziś tak szczególnie cenną. Niemniej sam fakt dysponowania znacznymi złożami byłby dla tego terenu raczej przekleństwem, w pewnym sensie zaproszeniem do ciągłych najazdów i prób grabieży. Decydującą rolę odgrywa tu jeszcze istotniejszy czynnik, jakim jest ogromna przestrzeń strategiczna rozumiana głównie jako element utrudniający projekcję siły z zewnątrz. Przekonali się o tym zarówno Napoleon, który na początku XIX wieku bezskutecznie próbował rozbić carskie mocarstwo, jak również Hitler, który kontrolował w pewnym momencie znaczny obszar europejskiej części Związku Radzieckiego, a i tak ostatecznie przegrał nie mogąc sięgnąć na tyle daleko, by zneutralizować stalinowski aparat władzy, jak i radziecki przemysł.
Skoro więc teren ten ma zarówno zabezpieczone zasoby surowcowe, jak też odpowiednią głębię strategiczną – czego brakuje mu, by ustabilizować swoją pozycję na geopolitycznej mapie świata? Wydaje się, że przede wszystkim winę należy zrzucić na jego zacofanie techniczne czy nawet technologiczne. Żaden z podmiotów aspirujących do odegrania w Heartlandzie roli hegemona nie skupiał się do tej pory w wystarczającym stopniu na rozwoju przemysłu, lecz na zdominowaniu, zduszeniu, a co najmniej uzależnieniu zamieszkałej tam ludności. Niemniej, skoro nie można wykreować własnych zdolności, dlaczego nie poszukać ich na zewnątrz? Taki właśnie plan od ponad stu lat jest koszmarem potęg morskich – najpierw Wielkiej Brytanii, a później Stanów Zjednoczonych.
Analizując tezy Mackindera nt. Heartlandu łatwo zauważyć, że ów koszmar mógł się łatwo ziścić, gdyby doszło do zawarcia trwałego sojuszu niemiecko–rosyjskiego. Nowy obraz polityczny Europy kształtujący się po zakończeniu I wojny światowej wyraźnie był efektem podjęcia przez Amerykanów próby przeciwdziałania temu. Jak powszechnie wiadomo, wśród postulatów słynnego powojennego programu Woodrow Wilsona znajdowało się żądanie likwidacji imperiów w Europie i zapewnienie licznym narodom realizacji prawa do samostanowienia, co miało przełożyć się na stworzenie stabilnego, pokojowego ładu na Starym Kontynencie. W wyniku realizacji tego punktu niepodległość uzyskała m. in. Polska[3].
Jak to zwykle jednak bywa, pod płaszczykiem wartości krył się sprytny plan geopolityczny, zgodnie z którym państwa Europy Środkowo-Wschodniej, w tym Polska, Czechosłowacja i kraje bałtyckie miały stać się swoistym kordonem sanitarnym oddzielającym dwie potęgi[4]. Przez cały okres dwudziestolecia międzywojennego Niemcy, którym zablokowano rozwój poprzez podbój krajów zachodnich bądź naruszenie ich interesów, otwarcie deklarowały ekspansję na wschód i czyniły w tym kierunku coraz bardziej zaawansowane działania. Rosja zaś poszerzała i wzmacniała w tym samym okresie swoją kontrolę nad kluczową przestrzenią Eurazji.
Jak pokazała historia, elity brytyjskie — a w pewnym stopniu także amerykańskie — prawidłowo zdiagnozowały ww. zagrożenie i dostrzegły ryzyko wynikające z potencjalnego połączenia tych dwóch ośrodków siły. Kombinacja niemieckiego potencjału przemysłowego z rosyjską przestrzenią i zasobami mogłaby bowiem mieć charakter strategicznie przełomowy. Zawarty w 1939 roku pakt Ribbentrop–Mołotow, choć miał charakter taktyczny i krótkotrwały, pokazał, że współpraca między dwiema wielkimi potęgami kontynentalnymi jest możliwa — i to nawet pomimo głębokich różnic ideologicznych między systemami panującymi w obu państwach.
Jednocześnie nie zdało egzaminu rozwiązanie polegające na wprowadzeniu wspomnianego wyżej kordonu sanitarnego. Nowopowstałe organizmy państwowe nie zdołały w tak krótkim czasie wzmocnić swojego potencjału obronnego na tyle, by samodzielnie stawić czoła niemieckiej ekspansji. Zawiodła też powołana do ochrony nowego ładu politycznego Liga Narodów, która okazała się być instytucją bez realnej siły (brak własnej armii, brak możliwości egzekwowania decyzji, itd.).
Ostatecznie porozumienie niemiecko-radzieckie okazało się być na tyle nietrwałe, że rozpadło się po dwóch latach. Jednakże pomni podjętej próby zdominowania Heartlandu Amerykanie, którzy po II wojnie światowej zaczęli coraz mocniej ogrywać rolę światowego hegemona, wyciągnęli wnioski i stworzyli NATO – system instytucjonalny, który miał zapobiec podobnym scenariuszom. Tym razem nie dość, że aktywnie włączyli się w jego działanie (w przeciwieństwie do Ligi Narodów, której byli pomysłodawcami, ale nigdy nie stali się jej członkiem), to zapewnili mu realną siłą odstraszania.
Warto pamiętać, że polityka sojuszu opierała się na zasadzie równowagi sił w Eurazji. Jej celem nie było całkowite zdominowanie kontynentu, lecz zapobieganie sytuacji, w której jedno państwo lub jeden blok zdobyłby nad nim kontrolę. Realizując ten plan NATO rozwijało się prężnie zarówno w aspekcie militarnym (np. tworzenie amerykańskich baz wojskowych na terenie całego świata, współpraca i koordynacja działań armii wielu krajów sojuszu), jak i politycznym.
Z jednej strony było sojuszem obronnym i należycie zapewniało krajom europejskim siłę odstraszania przed zakusami agresywnego Związku Radzieckiego, jak i państw Układu Warszawskiego. Równolegle Stany Zjednoczone samodzielnie prowadziły politykę siłowego powstrzymywania ZSRR, obejmującą także interwencje militarne poza Europą, jak w Wietnamie czy też wspierając partyzancką walkę zaatakowanym afgańskich mudżahedinów.
Dodatkowo, Amerykanie byli niezwykle aktywni na niwie politycznej. Największym sukcesem (co dziś brzmi dość paradoksalnie) okazało się otwarcie relacji z komunistycznymi Chinami, co osłabiło strategicznie Związek Radziecki.
Między innymi w wyniku tych starań Związek Radziecki uległ rozpadowi, a będąca jego dziedzicem Rosja rozpoczęła powolny proces wkraczania na drogę demokratyzacji. W tym samym czasie Chiny, jako nowy członek WTO zostały włączone w międzynarodowy system gospodarczy, a Stany Zjednoczone osiągnęły pozycję jedynego hegemona ładu światowego. Wszystko to sprawiało, że ryzyko ukształtowania się bloku zdolnego zdominować Heartland zdawało się być niezwykle niskie. Wydaje się, że właśnie ta konstatacja uśpiła czujność amerykańskich elit. Dziś bowiem dawne obawy strategów powracają w nowej formie.
Dążenie do demokratyzacji ustroju rosyjskiego ostatecznie się nie powiodło, a od początku obecnego stulecia Rosja nieustannie wzmacnia swoje imperialne dążenia do rozszerzenia własnej strefy wpływów. Tym razem jednak brakującym elementem w układance systemu kontroli Heartlandu zamiast Niemiec stają właśnie Chiny.
Współpraca tych państw, zarówno w aspekcie politycznym, jak i gospodarczym lub militarnym nieustannie się wzmacnia. Dlatego też w wielu analizach pojawia się pytanie, czy nie mamy właśnie do czynienia z powstaniem nowego bloku eurazjatyckiego. W opisanym układzie Rosja niezmiennie zapewnia ogromne zasoby surowców, energii i (mimo wszystko) potencjał militarny, natomiast Chiny dokładają coraz znaczniejszą siłę gospodarczą i przemysłową.
Z perspektywy Waszyngtonu taki tandem mógłby w dłuższej perspektywie stać się poważnym wyzwaniem dla globalnej pozycji Stanów Zjednoczonych. Dlatego w części amerykańskich kręgów strategicznych pojawia się dziś pytanie, czy długofalowym celem nie powinno być ograniczenie współpracy rosyjsko-chińskiej.
I tu wracamy do wywiadu z Fleitzem. Możemy w Polsce zżymać się słysząc jego słowa uznania dla Trumpa, który próbuje stworzyć ramy negocjacji z Rosją, jak też napełniać obawą, gdy Fleitz mówi o Rosji jako o kraju europejskim (a nie azjatyckim), wobec którego należy zaprzestać prowadzenia polityki demonizowania i izolacji (Fleitz mówi nawet o włączeniu Rosji do G8). Z perspektywy USA Rosja sama w sobie nie stanowi kluczowego zagrożenia. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy łączy swój potencjał z Chinami. Dlatego we wspomnianym wywiadzie tak wyraźnie wybrzmiały wszystkie obawy, które cechowały politykę USA w odniesieniu do tego regiony przez całe ubiegłe stulecie.
Już na początku XXI wieku publicyści zaczęli nieśmiało zwracać uwagę na rosnącą siłę Chin. Panowało wówczas powszechnie przekonanie o rychłym włączeniu Pekinu do zglobalizowanej gospodarki światowej i absorpcji przez Chińczyków panujących w niej reguł, co zostało wzmocnione w 2001 roku po dołączeniu przez Państwo Środka do WTO. Jednakże niektórzy co bardziej przewidujący analitycy wskazywali na ryzyko utraty kontroli nad wzrostem chińskiej potęgi ekonomicznej, wzmocnionej potencjalnie tanią energią z Rosji, jak i związane z tym konsekwencje. Zaczęto już wówczas posługiwać się pojęciem konieczności dokonania „manewru odwróconego Nixona”. Pojęcie to stało się powszechne w momencie, gdy amerykańscy stratedzy zdali sobie sprawę z tempa rozwoju potęgi chińskiej i realni odczuli możliwość wyrównania potencjałów Pekinu i Waszyngtonu. A prawdziwą karierę ów zwrot zrobił po pełnoskalowym ataku Rosji na Ukrainę w lutym 2022 roku. Tym razem jednak uwaga Amerykanów miała skupić się na osłabieniu więzi rosyjsko-chińskiej poprzez zastosowanie metody kija i marchewki wobec Moskwy.
Emanacją opisanej powyżej koncepcji ma być opisana przez Fleitza polityka Trumpa wobec putinowskiej Rosji. Może być ona bardzo kontrowersyjna, w szczególności w krajach Europie Środkowo-Wschodniej, gdzie Rosja postrzegana jest przede wszystkim jako bezpośrednie zagrożenie bezpieczeństwa. Niemniej dla Amerykanów stanowi priorytet, który ma uniemożliwić budowę bloku zdolnego do zdominowanie Heartlandu.
Szkopuł w tym, że współczesna rzeczywistość znacząco różni się od tej z czasów Nixona. W latach siedemdziesiątych Stany Zjednoczone wykorzystały skutecznie konflikt między Moskwą a Pekinem. Dziś takiego konfliktu nie ma. Wręcz przeciwnie, oba państwa łączy wspólny interes w ograniczaniu globalnej pozycji USA, a sam pakt rosyjsko-chiński zdaje się być dużo trwalszy, niż opisane powyżej porozumienie Moskwy z Berlinem[5].
O ile więc strategia Nixona polegała na wykorzystaniu podziałów, o tyle jej współczesna, „odwrócona” wersja wymagałaby ich stworzenia. A to zadanie znacznie trudniejsze — być może nawet niemożliwe[6]. Nie zmienia to faktu, że Amerykanie nie ustaną w wysiłku możliwie najgłębszego rozdzielenia obu krajów.
Jak pokazują doświadczenia drugiej kadencji Trumpa, groźby nie robią na Putinie większego wrażenia, a sama Rosja wydaje się być odporna na gospodarcze sankcje nałożone przez Waszyngton. Dlatego też, na co wskazuje Fleitz, coraz częściej wysuwane są wobec Moskwy propozycje i obietnice wznowienia współpracy, transfery technologii i rozpoczęcia wspólnych projektów gospodarczych. Trump zdaje sobie sprawę, że chcąc osłabić zależność Rosji od Chin, musi zaproponować Putinowi bardzo atrakcyjną perspektywę zarobku i rozwoju. I priorytetyzując ten kierunek nie musi wcale przy tym oglądać się na koszty owej propozycji, w tym osłabienie statusu krajów Europy Środkowo-Wschodniej czy pojedynczo samej Ukrainy w trakcie jej konfliktu z Rosją.
Jak pokazuje historia, geopolityczne lęki i obawy mają bardzo długą pamięć. Amerykański strach przed powstaniem potężnego bloku kontynentalnego w Eurazji towarzyszy realizowanej strategii od ponad stu lat, a my właśnie jesteśmy świadkami kolejnego jej rozdziału.
Chyba już każdy zdał sobie sprawę, że weszliśmy w okres strukturalnych zmian w światowym porządku. Charakteryzuje się on głównie tym, że aktywnością wykazują się głównie mocarstwa, a państwa średnie, a tym bardziej te o niewielkim potencjale politycznym, muszą biernie czekać na rezultat „kłótni na górze”.
Z polskiego punktu widzenia amerykańska walka o pozyskanie Rosji musi budzić obawy. Nie powinny one być rozproszone nieustannymi deklaracjami USA co do znaczącej roli Polski jako sojusznika Waszyngtonu i zapewnieniami pełnego wsparcia w obliczu ewentualnego konfliktu z Rosją. Ba, zapatrzenie w owe deklaracje może uśpić nasze elity tyle, że zapomną one o starej już maksymie idealnie definiującej świat geopolityki.
Brytyjski premier Lord Palmerston miał kiedyś powiedzieć, że państwa nie mają wiecznych sojuszników ani wiecznych wrogów – mają jedynie wieczne interesy. Tłumacząc to na dzisiejsze realia – w geopolityce liczy się nie tyle to, kto jest dziś przyjacielem lub przeciwnikiem, lecz to, jaki układ sił najlepiej zabezpiecza interesy państwa w danym momencie.
Chcemy dziś, aby cały świat patrzył na Rosję naszymi oczyma, podczas gdy w realnej grze nie liczą się emocje i minione doświadczenia, choćby najbardziej bolesne, ale właśnie perspektywa zapewnienia sobie możliwości realizowania własnych interesów. A w tym aspekcie Rosja pozostanie w centrum amerykańskiej uwagi niezależnie od tego jak znaczną rolę ogrywa w niej Europa Środkowo-Wschodnia, w tym Polska.
Dodaj komentarz