Geopolitical Chess

"The owls are not what they seem"


Skandynawia rozmawia z Putinem. Dyplomatyczna ofensywa Europy czy początek nowego podziału kontynentu?

Czy Finlandia i Norwegia próbują powstrzymać Rosję przed dalszą agresją, czy przeciwnie — szukają sposobu na zapewnienie sobie bezpieczeństwa, nawet gdyby ceną miało być osłabienie pozycji Polski, państw bałtyckich i Ukrainy?

27 października 2026 roku prezydent Finlandii Alexander Stubb i premier Norwegii Jonas Gahr Støre przeprowadzili około 90-minutową rozmowę telefoniczną z Władimirem Putinem. Inicjatywa została uzgodniona z Ukrainą i poprzedza planowane na listopad negocjacje rosyjsko-ukraińsko-amerykańskie w Abu Zabi.[1]

Oficjalnym celem było poszukiwanie sposobów zakończenia wojny. Jednak wybór rozmówców i moment podjęcia inicjatywy rodzą pytania wykraczające daleko poza samą dyplomację. Dlaczego właśnie Finlandia i Norwegia? Dlaczego nie Francja, Niemcy albo Polska? Czy mamy do czynienia z próbą wzmocnienia europejskiego stanowiska czy początkiem prowadzenia odrębnej polityki państw nordyckich wobec Moskwy?

Najważniejsze jednak pytanie brzmi czy celem tego ruchu było ograniczenie rosyjskiego zagrożenia dla całej Europy czy też jedynie odsunięcie go od jej północnej części? W skrócie, czy przedstawiciele Norwegii i Finlandii chcieli rozmawiać o szeroko rozumianym bezpieczeństwie całego kontynentu czy też ich celem było zadbanie o spokojne czasy dla własnych granic?

Bezpieczeństwo dla siebie, zagrożenie dla innych?

Pojawiły się już interpretacje zakładające możliwość strategicznego zwrotu państw nordyckich. W tej koncepcji Finlandia i Norwegia, dostrzegając rosnące ryzyko konfrontacji NATO z Rosją, rozczarowane słabnącą jednością sojuszu oraz jego nadchodzącym przemodelowaniem (próba odejścia USA z europejskiego teatru), mogłyby poszukiwać regionalnego porozumienia z Moskwą. Jego celem byłoby ograniczenie napięć na północy Europy i próba zbudowania regionalnego modus vivendi, nawet kosztem osłabienia solidarności z Polską, państwami bałtyckimi i Ukrainą.

Oczywiście, nie musiałoby to oznaczać formalnego wystąpienia z NATO, jak też ogłoszenia neutralności. Wystarczyłoby stopniowe ograniczanie aktywności wojskowej, dystansowanie się od części działań sojuszniczych czy uzgadnianie z Rosją odrębnych zasad bezpieczeństwa dotyczących wspólnych granic.

Z perspektywy krótkoterminowych interesów państwowych taka kalkulacja może wydawać się atrakcyjna. Po co ryzykować konflikt, skoro można zapewnić sobie spokój? Problem polega na tym, że bezpieczeństwo północnej i wschodniej Europy jest ze sobą ściśle powiązane, a w dodatku wiarygodność Rosji w zakresie trwałości poczynionych ustaleń jest dzisiaj drastycznie niska.

Bez wątpienia Rosja, która uzyskałaby większą swobodę działania nad Bałtykiem, stałaby się również poważniejszym zagrożeniem dla Finlandii i Szwecji. Osłabienie Polski czy państw bałtyckich zmieniłoby równowagę sił w całym regionie. Porozumienie, które zmniejsza zagrożenie dla jednego państwa, ale zwiększa je dla jego sojuszników, niekoniecznie poprawia bezpieczeństwo całego sojuszu.

Z tego też powodu największym błędem byłoby uznanie, że skoro napięcie maleje w jednym miejscu, automatycznie wzrasta bezpieczeństwo całego kontynentu.

Dlatego też moim zdaniem hipoteza o „odwróceniu się” Norwegii lub Finlandii nie jest uprawniona, a no najmniej brak danych potwierdzających jej realność.

Co więcej, przeciwko hipotezie strategicznego odwrotu przemawiają dotychczasowe działania państw nordyckich. Finlandia przystąpiła do NATO w 2023 roku właśnie w odpowiedzi na rosyjską agresję. Rok później do Sojuszu dołączyła Szwecja. Od tego czasu współpraca wojskowa państw nordyckich systematycznie się pogłębia. Trudno uznać pojedynczą rozmowę telefoniczną za dowód odwrócenia tego trendu. Dlatego jestem bardziej skłonny założyć, że celem rozmowy było coś zupełnie innego.

A może Putin otrzymał ostrzeżenie?

Zgodnie z drugą koncepcją, interpretacja powyższych zdarzeń prowadzi w przeciwnym kierunku. Zakłada ona bowiem, że Finlandia i Norwegia zostały z premedytacją użyte jako szczególny kanał komunikacji z Kremlem, aby przekazać Putinowi stanowisko europejskich sojuszników.

Nie bez znaczenia dla oceny wiarygodności tej koncepcji jest to kto podjął się rozmów z przywódcą Rosji. Zarówno Finlandia, jak i Norwegia państwa są bezpośrednimi sąsiadami Rosji i na co dzień mierzą się z wynikającymi z tego wyzwaniami.

Ponadto, same dysponują istotnymi zdolnościami obronnymi i doskonale rozumieją charakter rosyjskiego zagrożenia. Finlandia posiada rozbudowany system mobilizacyjny i silną obronę terytorialną, a Rosjanie z pewnością pamiętają jak ciężkie warunki postawili im Finowie w czasie wojny zimowej, zaś Norwegia strategiczną rolę na północnym Atlantyku i w Arktyce, a więc w obszarze leżącym w bezpośrednim polu zainteresowania Rosji. Dodatkowo, razem ze Szwecją, Danią, jak i innymi krajami nadbałtyckimi oba wspomniane kraje tworzą coraz bardziej zintegrowany obszar bezpieczeństwa.

Byłoby więc racjonalne przyjąć, że celem rozmowy było przekazanie jednoznacznego komunikatu, zgodnie z którym kontynuowanie przez Rosję agresji, a tym bardziej jej rozszerzanie nie doprowadzi do osłabienia Europy, lecz do jeszcze większej integracji jej potencjału militarnego. Ergo, nie chodziłoby o groźbę natychmiastowej wojny, ale o klasyczne odstraszanie — przekonanie przeciwnika, że koszty agresji przewyższą możliwe korzyści.

Ten prosty przekaz burzą jednak komunikaty wydane po ujawnieniu faktu odbycia przedmiotowej rozmowy.

Po pierwsze, Stubb i Støre wyraźnie zaznaczyli, że rozmawiali jako przywódcy własnych państw, a nie przedstawiciele całej Europy. Zakładam, że może to stać się pewnego rodzaju wymówką dla pozostałych państw naszego kontynentu, gdyby rozmowa z Putinem nie przyniosła efektów. W każdym momencie ich przywódcy będą mogli obciążyć odpowiedzialnością za niepowodzenie rozmów tych właśnie obu wspomnianych liderów.

Co gorsze jednak, inicjatywa spotkała się z bezpośrednią i dość ostrą krytyką premier Danii Mette Frederiksen oraz sceptycyzmem premiera Szwecji Ulfa Kristerssona. Oboje wskazywali wprost na ryzyko osłabienia wspólnego europejskiego stanowiska[2]. Trudno więc mówić o jednoznacznej demonstracji europejskiej jedności, skoro sama inicjatywa ujawniła różnice pomiędzy najbliższymi sojusznikami.

Europa próbuje odzyskać miejsce przy stole

Dlatego też może warto pochylić się nad trzecią interpretacją, która łączy przekaz dyplomatyczny z próbą wzmocnienia europejskiej pozycji negocjacyjnej. Zgodnie z nią zasadniczym celem rozmowy nie miało być ani zawarcie odrębnego porozumienia z Rosją, ani demonstracyjne zagrożenie Putinowi, lecz przede wszystkim zapewnienie Europie wpływu na proces negocjacyjny.

Do tej pory państwa Europa konsekwentnie unikały prowadzenia rozmów z rosyjskim agresorem. Tym samym negocjacje – niezależnie od tego czy tym mianem możemy nazwać próby rozmów prowadzone przez specjalnych wysłanników Trumpa, tj. Witkoffa i Kuschnera – były prowadzone ponad głowami państw najbardziej zainteresowanych zakończeniem konfliktu i ustabilizowaniem sytuacji na granicy rosyjsko-ukraińskiej.

I choć należy przyznać, że USA są członkiem NATO, zatem podejmowane przez nich działania powinny pozostawać w zgodzie ze strategią sojuszu,  to jednocześnie Waszyngton, jako mocarstwo światowe może grać w inną grę i rozpatrywać relacje z Moskwą w kontekście znacznie szerszej rywalizacji geopolitycznej, obejmującej również Chiny i Bliski Wschód.

Wygląda na to, że analiza działań podejmowanych przez administrację Donalda Trumpa coraz wyraźniej uświadamia europejskim liderom, iż Amerykanie mogą postrzegać porozumienie z Rosją jako element globalnego bilansu korzyści i kosztów. Tymczasem państwa europejskie muszą uwzględniać fakt, że Rosja pozostanie ich sąsiadem niezależnie od wyniku negocjacji. Możliwe zatem, iż w Brukseli uświadomiono sobie, iż skoro rosyjskie zagrożenie nie jest jednym z wielu problemów europejskiej polityki zagranicznej, lecz jej problemem fundamentalnym, warto mieć wpływ na sposób rozstrzygnięcia konfliktu. W tym kontekście rozmowa Stubba i Størego mogła być próbą pokazania, że Europa nie zamierza jedynie finansować i realizować decyzji podejmowanych przez Waszyngton i Moskwę.

Zwłaszcza, że jak pokazały ostatnie wydarzenia, wsparcie USA dla Ukrainy nie tylko wytraciło impet, lecz w sytuacjach spornych postawa Trumpa zaczyna jawić się jako działanie sprzeczne z jej interesami operacyjnymi, vide zamieszanie z ograniczeniem prędkości dla ukraińskiego systemu Starlink, co skutkowało utratą łączności satelitarnej przez drony przekraczające limit 160 km/h.[3] Wydaje się być więc naturalnym, że Europa, na której barkach spoczywa obecnie znaczną część pomocy walczącej Ukrainie, zechce wziąć sprawy w swoje ręce i uzyskać wpływ na końcowe rozstrzygnięcie konfliktu.

Tę interpretację zdaje się wzmacniać stanowisko Kremla. Rosyjskie władze po rozmowie ponownie podkreśliły konieczność uwzględnienia własnych interesów bezpieczeństwa, nie sygnalizując zasadniczej zmiany stanowiska wobec wojny. Jednocześnie rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow sugerował, że Europejczycy próbują przede wszystkim zapewnić sobie udział w przyszłych negocjacjach[4] Komunikat płynący z Moskwy wskazuje, że Rosja dostrzega właśnie polityczny wymiar tej inicjatywy.

Polska: uczestnik gry czy przedmiot negocjacji?

A jak w tej układance ma się odnaleźć Polska? Nasz kraj, choć należy do państw najbardziej zainteresowanych zakończeniem wojny w Ukrainie i kształtem przyszłego porządku bezpieczeństwa w Europie, sam ograniczył swoje możliwości prowadzenia bezpośredniego dialogu z Moskwą. Wieloletni spór polityczny, w którym wzajemne oskarżenia o prorosyjskość i uległość wobec Kremla stały się narzędziem walki z przeciwnikami, doprowadził do sytuacji, w której trudno wyobrazić sobie, aby którakolwiek ze stron zdecydowała się na rozmowy z Putinem. Samo podjęcie dialogu mogłoby zostać przedstawione jako zdrada narodowych interesów.

Tymczasem dyplomacja polega przede wszystkim na rozmowach z tymi, z którymi nasze interesy pozostają sprzeczne. Można potępiać rosyjską agresję, wspierać Ukrainę, wzmacniać NATO i jednocześnie rozmawiać z Moskwą. Rozmowa nie oznacza ustępstwa, podobnie jak odmowa rozmowy nie jest dowodem determinacji. Paradoksalnie możemy więc znaleźć się w sytuacji, w której o przyszłym bezpieczeństwie naszego regionu będą negocjować inni, podczas gdy Polska, ograniczona własną retoryką polityczną, pozostanie jedynie obserwatorem, co może stwarzać realne zagrożenie.

Po pierwsze, nie każde porozumienie pokojowe będzie korzystne dla naszego bezpieczeństwa. W przypadku powstania układu zamrażającego konflikt i pozostawiającego Rosji możliwość odbudowy potencjału militarnego, przerwanie walk na Ukrainie może jedynie odsunąć zagrożenie w czasie.

Po drugie, podobny efekt dałoby porozumienie ograniczające obecność NATO w Europie Środkowo-Wschodniej w zamian za rosyjskie deklaracje pokojowe. Osłabiłoby to pozycję Polski, nawet gdyby krótkoterminowo zmniejszyło napięcie w regionie.

Dlatego dla polskiego rządu najważniejsze nie powinno być wyłącznie to, że europejscy przywódcy rozmawiają z Putinem, lecz uzyskanie realnego wpływu na treść uzgodnień. Pozbawienie tego wpływu mogłoby doprowadzić do sytuacji, w której decyzje podjęte bez konsultacji z Warszawą nie będą uwzględniać bezpieczeństwa Polski.

Z tego powodu komunikat wydany przez premiera Tuska wydaje się być na ten moment właściwy i racjonalny. Z jednej strony przestrzegł przed nadzieją na szybkie osiągnięcie przełomu w rozmowach. Z drugiej zaś wyraźnie podkreślił, że „warto, aby politycy europejscy w jakikolwiek sposób mieli roboczy kontakt w związku z planowanymi negocjacjami na temat przerwania ognia i pokoju”[5]. Wskazał przy tym, iż kontakt przywódców Finlandii i Norwegii z Władimirem Putinem poprzedziły konsultacje z Polską, Ukrainą i stroną amerykańską, co wskazuje na szukanie narzędzi do utrzymania wpływu, o którym mowa w akapicie poprzedzającym.

Zadecyduje jedność i spójność działań

Sama rozmowa to dopiero początek. Na tę chwilę analizie możemy poddać jedynie garść suchych informacji pochodzących od stron rozmowy, jak również oszczędne w słowach komentarze liderów bezpośrednio zainteresowanych państw. O to, czy nastąpi ciąg dalszy negocjacji, a tym bardziej czy przyniosą one efekty, nie sposób się dziś przesądzić. Ostatecznie o znaczeniu rozmowy Stubba i Størego z Putinem nie zdecyduje bowiem jej przebieg, lecz konsekwencje.

Niemniej nawet dysponując tak skąpymi danymi można założyć, iż rozmowa przywódców Finlandii i Norwegii z Putinem powinna być interpretowana jako próba deeskalacji, demonstracja determinacji lub działanie mające zapewnić Europie większy wpływ na przyszłe negocjacje. Na obecnym etapie nie ma wystarczających dowodów, aby uznać ją za zapowiedź porzucenia solidarności z Europą Środkowo-Wschodnią.

Jednocześnie krytyczne reakcje Danii i Szwecji pokazują, że nawet państwa o zbliżonych interesach bezpieczeństwa mogą różnić się w ocenie sposobów prowadzenia polityki wobec Rosji. I to właśnie te różnice Moskwa może próbować wykorzystywać. A że od lat Rosjanie specjalizują się we wbijaniu klina w każdą napotkaną szczelinę, z pełnym przekonaniem, graniczącym wręcz z pewnością, należy przyjąć, że jedność i spójność działań państw europejskich jest dzisiaj potrzebna jeszcze bardziej, niż zazwyczaj.


[1] https://www.presidentti.fi/en/president-stubb-and-prime-minister-store-held-a-phone-call-with-president-putin/

[2] https://www.euronews.com/2026/10/27/putin-call-pits-finland-and-norway-against-denmark-and-sweden

[3] https://www.wsj.com/world/musk-ordered-starlink-slowdown-that-crippled-ukraines-drones-and-sowed-panic-in-kyiv-f907aab0

[4] https://www.reuters.com/world/europe/norways-prime-minister-finlands-president-phone-call-with-putin-2026-10-27/

[5] https://redakcja.www.gov.pl/web/premier/polska-wspiera-dzialania-na-rzecz-przerwania-ognia-i-zakonczenia-wojny



Skomentuj